niedziela, 24 maja 2009

Three nights in Bangkok

Bangkok, drugie największe miasto Azji Południowo-Wschodniej (po Dżakarcie) to metropolia której wielkość dorównuje jej pełnej nazwie - Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit. W skrócie - "miasto aniołów".

Stolica Tajlandii od początku była w czołówce miejsc w tej części świata, które chciałem odwiedzić. Okazało się to o tyle łatwe, że w Bangkoku od pewnego czasu mieszka Florek, kumpel jeszcze ze studiów.



Jak widać, Florek nie jest typowym Tajem ;) Ale za to z tajskim radzi sobie całkiem nieźle, co przy średnio-słabej znajomości angielskiego przez mieszkańców Bangkoku jest raczej nieodzowne.

W piątek wieczorem, po moim przylocie, czasu i sił starczyło nam tylko na spacer po okolicznej dzielnicy. Taka przechadzka to nie lada wyzwanie- trzeba się przedzierać między straganami z jedzeniem, stoiskami z podrabianymi koszulkami i kobietami lekkich obyczajów. Ale za to można poczuć prawdziwą atmosferę miasta, (łącznie z zapachem wszechobecnych worków ze śmieciami) jak też zobaczyć karaluchy i szczury imponujących rozmiarów.

Następnego dnia zerwaliśmy się o świcie (11 rano) i ruszyliśmy zwiedzać zabytki Bangkoku. Na początek przejażdżka BTSem, czyli dumą Bangkoku - nowoczesną nadziemną kolejką, a potem już bardziej konwencjonalnie - wodnym tramwajem.



Transport wodny od stuleci był podstawą systemu komunikacyjnego miasta, które pokryte było gęstą siecią kanałów. Dziś większość z nich jest zasypana (pod budowę dróg), ale po rzece wciąż kursują łodzie pasażerskie.

Tramwajem dotarliśmy do "turystycznego centrum miasta" a więc okolic Wielkiego Pałacu. Na początek odwiedziliśmy Wat Pho - świątynię leżącego Buddy. Praktycznie cały budynek świątyni zajmuje długa na 46 i wysoka na 15 metrów statua leżącego Buddy. Robi wrażenie, ale moim zdaniem ciekawsze jest to co na zewnątrz budynku - przede wszystkim liczne "Czedi", czyli bogato zdobione święte kopce. Ich kształt i dekoracje to dla przybysza z Europy coś naprawdę wyjątkowego i fascynującego.



Poza ww. atrakcjami, Wat Pho jest znana także dzięki tajskiemu masażowi - uważa się że sztuka ta została zapoczątkowana właśnie w tej świątyni.

Po Wat Pho przyszedł czas na Wielki Pałac - podjechaliśmy do niego Tuk-tukiem czyli trójkołowym pojazdem, przypominającym rikszę. W kolorowo przystrojonych tuk-tuku nie mogło oczywiście zabraknąć zdjęcia króla (to ten z psami), który jest powszechnie otaczany czcią przez Tajów:



Kompleks pałacowy (w tym świątynią Wat Phra Keo) powstał w XVIII wieku, na rozkaz króla Ramy I, który przeniósł stolicę do Bangkoku. Ciężko dobrze oddać w słowach wygląd i piękno tego terenu, może lepiej niech mówią zdjęcia:



Budynki świątynne powalają bogactwem zdobień i rozmachem konstrukcji. Widać że królestwo Syjamu (dawna nazwa Tajlandii) było w swoim czasie potężne.



Sam budynek pałacu (ostatnie zdjęcie) zdradza wpływy europejskie i jest ciekawym połączeniem architektury wiktoriańskiej i tajskiej.



Na terenach świątyni sporo było też młodych mnichów (a może po prostu uczniów szkół religijnych?). Gdyby nie to, że każdy z nich miał ze sobą kolorowy plastikowy bukłak, to scenka z ich grupką na tle świątyni wyglądałaby pewnie tak samo, jak 200 lat temu.



Po wycieńczającym kilkugodzinnym spacerze w pełnym słońcu (w dodatku z konieczności w dżinsach - na terenach należących do króla nie należy chodzić w krótkich spodniach) pojechaliśmy do centrum miasta żeby odsapnąć i coś zjeść. Wieczorem natomiast wybraliśmy się na stadion Lumpini, by obejrzeć walki Muay Thai, czyli tajskiego boksu - narodowego sportu Tajlandii. Ale o tym już w następnym wpisie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz