piątek, 1 maja 2009

Z wizytą u prezydenta

I znów powrót do bloga po przerwie - zawstydzająco długiej. Ciężko mi ostatnio znaleźć czas na pisanie - pracy coraz więcej (ale bardzo ciekawej, więc nie narzekam) a w weekendy z kolei dopada mnie lenistwo :). Tematów się trochę nazbierało, więc będę musiał nadrobić zaległości i napisać m.in. o świętach Wielkanocy. A tymczasem wpis na świeżo, z dnia dzisiejszego.

1 maja w Singapurze to jedno z kilku świąt państwowych w roku, kiedy dla publiki otwarty jest teren Istany - rezydencji prezydenta Singapuru, wraz z ogrodami. A że jest to niemalże po drugiej stronie ulicy od mojego mieszkania, to nie mogłem ominąć okazji zobaczenia miejsca gdzie urzęduje (ale już nie mieszka) głowa państwa.

Przy bramie, strzeżonej przez wartowników z długą bronią maszynową czekała mnie oczywiście drobiazgowa kontrola. Co ciekawe oprócz standardowego testu wykrywaczem metali każdy był traktowany... termometrem. To pewnie w związku ze świńską grypą - w tym kraju bardzo poważnie traktuje się wszelkie potencjalne zagrożenia epidemiologiczne. Trochę się obawiałem czy mnie wpuszczą, bo akurat ostatnio męczy mnie przeziębienie, ale się udało. Może to dzięki ibupromowi, który łyknąłem przed wyjściem ;)

Za bramą moim oczom ukazał się bardzo ładny i przede wszystkim niesamowicie zadbany (żeby nie powiedzieć odpicowany) ogród, w który "wplecione" zostało 9-dołkowe pole golfowe. Ciekawe jak często ktoś na nim gra?



Najciekawszą chyba częścią ogrodu jest staw obok pomnika królowej Wiktorii i otaczająca go roślinność. Tropikalna, bardzo bujna i opisana na tabliczkach. I tak dowiedziałem się np. że istnieje bardzo wiele odmian bananowca.



Obszedłem ogród i skierowałem się do pałacu prezydenckiego. Po drodze trafiłem na występ orkiestry dzieciaków z jakiejś lokalnej szkoły. Na muzykę nawet bym nie zwrócił uwagi, ale była okazja żeby zobaczyć samego prezydenta, który słuchał występu. Swoją drogą, jak na głowę państwa wygląda dosyć niepozornie (w żółtej koszuli, na zdjęciu poniżej).



Pałac prezydencki prezentuje się z zewnątrz całkiem imponująco:


W środku nie ma zapierających dech widoków, ale wnętrza urządzone są w bardzo elegancki sposób. Sporo jest obrazów i dzieł sztuki z całej Azji. W budynku nie ma tej kolonialnej atmosfery, co w odwiedzanym przeze mnie kilka miesięcy temu pałacu sułtana Johoru - jest za to znacznie więcej życia. Na każdym kroku widać, że Istana to rezydencja głowy nowoczesnego i dynamicznego państwa.

Na koniec przeszedłem się jeszcze raz po ciekawszych częściach ogrodu i porobiłem kilka zdjęć. Dwukrotnie zostałem poproszony o zrobienie komuś zdjęcia, ale najciekawsze było trzecie podejście... Dopadły mnie 4 Azjatki i spytały czy mogą sobie zrobić zdjęcia... ze mną. Nieźle mnie zaskoczyły, no ale nie zaprzeczę że prośba połechtała moją próżność i nie mogłem się nie zgodzić ;) Ciekawe, czy te fotki są już na Facebooku? ;) Jakby ktoś z was trafił na ich ślad, dajcie znać :)

A na koniec jeszcze widoczek miasta, ze szczytu parkowego wzgórza:

2 komentarze:

  1. Te Azjatki to pewnie Twoje fanki Tadek i regularnie czytają Twojego bloga. Musisz się bardziej starać, bo taka slawa zobowiązuję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. pisz po azjatycku, specjalnie dla nich :D

    OdpowiedzUsuń