Na Tioman jest kilka niewielkich osad, z których większość znajduje się na zachodnim brzegu. My wybraliśmy się do jedynej wioski na wschodniej stronie, która miała być bardziej dziewicza. I lepiej trafić nie mogliśmy! Piękna piaszczysta plaża, w dodatku praktycznie zupełnie pusta - na długości kilkuset metrów można było na niej zobaczyć w porywach kilkanaście osób.

Nie to, żeby w ogóle nie było wczasowiczów, ale Azjaci generalnie nie lubią spędzać czasu na słońcu - chyba głównie dlatego, żeby się nie opalić. No i dzięki temu mieliśmy plażę dla siebie :)

Mieszkaliśmy w świetnym kompleksie Riverview (poleconym przez nieoceniony przewodnik Lonely Planet :), na samym końcu plaży, przy ujściu rzeki.

Kilkanaście drewnianych domków, prostych ale porządnych, których właścicielami byli starszy, wygladający na ex-hipisa Brytyjczyk i jego malajska żona. Spokojnie, bardzo czysto (co w tej części świata niestety standardem nie jest) i przede wszystkim wyjątkowo malowniczo. Z jednej strony plaża, z drugiej rzeka. My wybraliśmy domek z widokiem na rzekę.

Jednak to nie plażowanie było naszym głównym zajęciem, ale nurkowanie. Przyznam że w Polsce nigdy nie myślałem o tym, żeby robić kurs nurkowania. Dopiero Ania uświadomiła mi, że w tej części świata jest tyle pięknych podwodnych lokalizacji, że musimy spróbować. No i spróbowaliśmy - zrobiliśmy na Tioman kilkudniowy kurs, pod opieką Reynoldsa, instruktora z Borneo.

Wystarczyło odpłynąć kilkadziesiąt metrów od plaży, by zobaczyć piękne widoki. Bujne rafy koralowe, pełne małych rybek w pstrokatych kolorach. Ławice nieco większych ryb, nie przejmujących się obecnością człowieka i pływających na wyciągnięcie ręki. Płaszczki, ukryte w piasku dna. Budzące respekt barrakudy i nawet jeden mały rekin. Eksploracja podwodnego świata zafascynowała nas i na pewno nasza przygoda z nurkowaniem na Tioman się nie skończy.
Nurkowanie i czytanie podręczników (w końcu prawdziwy kurs składa się nie tylko z praktyki ale i teorii :) zajmowało nam większość czasu. Ale spacerowaliśmy też po plaży i po dżungli, która w niektórych miejscach była naprawdę gęsta i niedostępna.

Obserwowaliśmy makaki, legwany i wielkie, owocożerne nietoperze, których mnóstwo wylatywało po zmroku (na zdjęciu poniżej śpią za dnia).

Zjedliśmy grillowanego tuńczyka, złowionego kilka godzin wcześniej (pyszny!). Próbowaliśmy też soku ze świeżo zerwanego kokosa (już mniej pyszny :):

Odwiedziliśmy wylęgarnię żółwi, prowadzoną przez wolontariuszy z całego świata, pod kierownictwem Brytyjczyka z naszego ośrodka. Któregoś dnia pożyczyliśmy też z naszego ośrodka kajaki i zapuściliśmy się w górę dzikiej rzeki.

Właściciel ośrodka mówił nam, że nad rzeką często można zobaczyć wygrzewające się na gałęziach węże (reagują na drgania, dlatego łódką znacznie łatwiej je podejść niż pieszo). My żadnego nie dojrzeliśmy, ale może to i lepiej ;) Myśleliśmy jeszcze o wyprawie na najwyższy szczyt wyspy, który wznosi się na ponad 1000m (choć cała wyspa ma raptem 40 km długości i 12 szerokości), ale ostatecznie opanowało nas lenistwo.
Tak czy inaczej, wrażeń i widoków na Tioman mieliśmy mnóstwo!
To nie lenistwo, tylko żar z nieba nas opanował!
OdpowiedzUsuńO ja... To właśnie wygląda jak najprawdziwsza tropikalna wyspa! Ja chcę taką!
OdpowiedzUsuńKRS
Jak tam się dostać z Wrocławia?
OdpowiedzUsuń