Każde przejście przez ulicę w Hanoi było dla nas przygodą. Drogami jadą nieskończone chmary motorowerów, poruszających się we wszystkich możliwych kierunkach. Wśród nich dumnie posuwają się nieliczne samochody. Arterie pulsują ruchem nieustannie, nie ma więc co liczyć na to, że trafi się na chwilę przerwy w ruchu - trzeba iść.

Kluczem do całej zabawy jest to, żeby poruszać się niezbyt szybkim, ale stałym tempem - dzięki temu motorowerzyści będą mogli wziąć na nas "poprawkę" i przejechać tuż przed lub za nami (bo na to żeby się któryś zatrzymał nie ma co liczyć). W praktyce nie jest to wcale takie trudne i dosyć szybko można się przyzwyczaić, ale jednak zawsze dobrze jest mieć oczy dookoła głowy. Na szczęście większość ulic Hanoi jest dosyć wąska, więc "na drugi brzeg" jest zwykle niedaleko.
Patrząc na to z boku, taka organizacja ruchu jest fascynująca. Wszyscy jeżdżą dosyć wolno, więc ryzyko wypadku jest mniejsze niż mogłoby się wydawać (choć pewnie i tak spore). Jednak z czasem, kiedy przybywać będzie samochodów taki system będzie się sprawdzał coraz gorzej. Na szczęście już teraz kierowcy samochodów jeżdżą w sposób mniej szalony od motorowerzystów i zwykle np. zatrzymują się na czerwonym świetle (które motorowerzyści traktują raczej jako wskazówkę "możesz jechać, tylko bardziej uważaj" :).
Dobrą metodą na szybkie i sprawne przejście ulicy było też 'przyklejenie się' do jakiegoś tubylca. Gdy tubylca nie było na horyzoncie, ja zazwyczaj 'przyklejałam się' do Tadka - jakoś nie miałam odwagi zmierzyć się z wietnamskimi motorowerzystami.
OdpowiedzUsuńTadeusz! Praca pracą, ale widzę że turystycznie też się wyżywasz! ;) Odezwij sie koniecznie na jakims skype czy cos bo bardzo chciałbym Cię odwiedzić (sic!) ...lecę przez Kuala Lumpur do mojego RAJU ;) Najprawdopodobniej okolice 9go września... pliz, powiedz że masz czas i jesteś jeszcze w Singapurze!
OdpowiedzUsuń