Zwiedzanie zaczęliśmy od lokalnego Chinatown. Na ulicach były jeszcze noworoczne dekoracje (chiński nowy rok trwa dwa tygodnie - skończył się dopiero wczoraj), więc było kolorowo.

Domy Chińczyków są szczególnie ciekawe w środku (co można zobaczyć wchodząc do tych, które pełnią rolę sklepów bądź restauracji). Stojące w zabudowie szeregowej, wąskie i bardzo długie - nawet na kilkadziesiąt metrów - z kilkoma małymi wewnętrznymi dziedzińcami (tzw. studniami powietrznymi) w środku.
Mimo że nie mają klimatyzacji, jest w nich jest całkiem chłodno - widać że wspomniany system "studni" działa.
W chińskiej dzielnicy i jej okolicach widzieliśmy też wiele świątyń - są buddyjskie, hinduskie, a nawet meczet - kolejny dowód na wielokulturowość miasta.
Po spędzeniu dobrych kilku godzin w Chinatown zdaliśmy sobie sprawę, że minęła już ponad połowa naszego czasu, a wciąż nie byliśmy jeszcze w dzielnicy kolonialnej. Tak więc po krótkim postoju na zregenerowanie sił i płynów w lokalnym barze ruszyliśmy na druga stronę rzeki. Ciąg dalszy relacji dopiszę jutro, tymczasem poniżej zdjęcie ze wspomnianego baru - Matt, Ewa i ja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz