Zbyt pewnie nie wyglądały, ale do przepłynięcia jest może 1,5 kilometra, więc jakby łódź poszła na dno, to zawsze można dotrzeć wpław do brzegu ;)
Na wyspie jest trochę domów mieszkalnych, ale większość mieszkańców się stamtąd wyprowadziła do centrum Singapuru. Pozostali tylko Ci, którzy nie chcieli się przenieść do bloków, no i właściciele kilku knajp i wypożyczalni rowerów. Większość powierzchni zajmuje las, głównie namorzynowy - może pamiętacie takie pojęcie z lekcji geografii w 6 czy 7 klasie? :) W skrócie, jest to las rosnący na brzegu morza, w zasięgu przypływu. Wygląda to naprawdę ciekawie, szczególnie nad samym brzegiem, gdzie można zobaczyć korzenie drzew pod powierzchnią wody.

Zdjęcie niestety kiepskie, ale przynajmniej korzenie widać :)
Jazda po wyspie do specjalnie hardkorowych nie należy - większość dróg jest wyasfaltowana. Ale znaleźliśmy też kilka mniej uczęszczanych ścieżek, w tym jedną która po jakimś czasie zaczęła zmieniać się w bagno :) Nie zrażeni tym brnęliśmy dalej - skończyło się na tym, że musieliśmy prowadzić rowery przez kilkaset metrów błota (bo na wycofanie się było już za późno). No ale przynajmniej nie było nudno.
Pulau Ubin poprzecinana jest kanałami i innymi zbiornikami wodnymi, w większości zalanymi kamieniołomami (choć jest też farma krewetek).

Niestety wszystkie są ogrodzone, więc nie ma szansy się wykąpać. Nadmorskie plaże za to nie wyglądają zbyt przyjemnie. Ale za to można zobaczyć przy brzegach bardzo ciekawe zwierzątka:

Jest ich mnóstwo - co chwilę jakiś podpływa i wyskakuje na brzeg. Zupełnie nie mieliśmy pojęcia, czy to ryby, płazy, czy jeszcze coś innego. Dopiero po powrocie udało mi się znaleźć na je na Wikipedii. Nazywają się poskoczki i są rzeczywiście rybami, ale potrafiącymi oddychać powietrzem (pod warunkiem zachowania odpowiedniej wilgotności). Nieduże stworzenia, ale fascynujące - nie spodziewałem się że ryby mogą ot tak sobie wyskoczyć na brzeg i spojrzeć mi w oczy :)

Spotkaliśmy też na swojej drodze ponad metrowej długości jaszczurkę. Niestety chyba nie lubiła zdjęć, bo uciekła zanim zdążyłem wyciągnąć aparat.
Poza tym przeszliśmy się ścieżką przy brzegu morza, ponad rafą koralową. Niestety samej rafy jakoś nie zauważyłem :) Może akurat był przypływ?

Choć wyspa zbyt duża nie jest, to jeżdżenie w tropikalnym upale nieźle nas wymęczyło. Ale też dzięki temu mieliśmy poczucie, że była to porządna wycieczka, a nie byle niedzielna przejażdżka :)
To ja się wpisuję, żeby nie było ;)
OdpowiedzUsuńC'mon... jakiś nowy wpis ? :-)
OdpowiedzUsuń