środa, 4 lutego 2009

Malezja, czyli po drugiej stronie mostu

Po zwiedzaniu Singapuru nadszedł czas, żeby zobaczyć trochę prawdziwej Azji. Daleko szukać nie musiałem - Malezja zaczyna się już za mostem. Wybrałem się tam z Lakshmanem - Hindusem, który siedzi w biurze obok mnie i który też jest tu nowy. Naszym celem było najbliższe miasto - Johor Bahru. Może niezbyt fascynujące z punktu widzenia przeciętnego turysty (Singapurczycy ode mnie z firmy kojarzą to miejsce tylko z tanimi zakupami), ale na początek może być (to chyba moje ulubione zdanie na tym blogu :) Szczególnie, że przede wszystkim chciałem przekonać się w praktyce, na ile duże są różnice cywilizacyjne między Singapurem a Malezją.

Pierwsze wrażenie po przekroczeniu mostu było bardzo pozytywne. Ogromny nowoczesny terminal kolejowo - samochodowy budzi respekt. Tylko trochę za dużo się trzeba nachodzić, żeby przez niego przebrnąć. Miałem wrażenie, że Malezyjczycy specjalnie wyznaczyli taką trasę, by oprowadzić zagranicznych gości po całym obiekcie :)

Na ulicach widać nieco większy bałagan - zarówno pod względem organizacji ruchu, jak i czystości. Nie brakuje też ulicznych stoisk z jedzeniem i różnymi drobiazgami, więc trudno nie zauważyć że jest się w Azji. Ale widać też, że kraj szybko się rozwija - dużo tu nowych budynków, dróg itp. Zresztą jak sprawdziłem po powrocie PKB na głowę w Malezji jest tylko o ok. 15% niższe niż w Polsce (co mnie nieco zaskoczyło, choć pewnie nie powinno).

Po krótkim spacerze po centrum udaliśmy się do pałacu sułtana Johoru (czyli regionu, którego stolicą jest miasto) - głównej (żeby nie powiedzieć jedynej) atrakcji turystycznej miasta.



Z zewnątrz nie wygląda może specjalnie oszałamiająco (choć to też wina kiepskiego ujęcia :), ale wnętrza robią wrażenie. Widać, że kiedyś pozycja i bogactwo lokalnych władców były spore. Np Sułtan Ibrahim, rządzący w latach 1895-1959 (!) był jednym z najbogatszych ludzi na świecie. W pałacu nie brakuje więc importowanych z Europy zdobionych mebli czy typowo lokalnych wyrobów jak np... popielniczki z nóg miejscowych antylop.



Urząd Sułtana dalej istnieje, choć z tego co zrozumiałem jest to już raczej funkcja reprezentacyjna. No i Sułtan nie mieszka już w pałacu, choć wciąż są w nim organizowane niektóre państwowe uroczystości.



Poza pałacem w mieście rzeczywiście niewiele jest do zobaczenia. No, może jeszcze monumentalny meczet łączący styl malajski z wiktoriańskim - ciekawa kombinacja. Przeszliśmy się więc jeszcze ulicami, odwiedziliśmy kilka centrów handlowych (niestety większość sklepów była zamknieta z powodu święta księżycowego nowego roku) i na koniec poszliśmy coś zjeść.

Spośród wielu ulicznych stoisk wybraliśmy takie, które wydawało się najbardziej czyste i cywilizowane. Z tego co mi powiedział Lakshman, serwowane tam potrawy to mix kuchni malajskiej i indyjskiej (Hindusów jest w Malezji sporo). Niestety znowu nie nauczylem sie nazw konkretnych dań - nigdzie nie było menu a Lakshman jako wegetarianin też nie wiedział jak się nazywają miesne potrawy.



Ciąg dalszy zwiedzania Malezji prawdopodobnie już w ten weekend. Tym razem wycieczka do Malakki, a więc już znacznie ciekawszego historycznie miasta. Zapraszam na relację na blogu w poniedziałek lub wtorek!

2 komentarze:

  1. Pałac wygląda jak willa pod tuszynem... może ty tak naprawdę nie wyjechałeś?

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie. I wrzucasz zdjęcia jedzenia z pobliskiego baru z kebabem. Przyznaj się!

    OdpowiedzUsuń