Pierwsze wrażenie po przekroczeniu mostu było bardzo pozytywne. Ogromny nowoczesny terminal kolejowo - samochodowy budzi respekt. Tylko trochę za dużo się trzeba nachodzić, żeby przez niego przebrnąć. Miałem wrażenie, że Malezyjczycy specjalnie wyznaczyli taką trasę, by oprowadzić zagranicznych gości po całym obiekcie :)
Na ulicach widać nieco większy bałagan - zarówno pod względem organizacji ruchu, jak i czystości. Nie brakuje też ulicznych stoisk z jedzeniem i różnymi drobiazgami, więc trudno nie zauważyć że jest się w Azji. Ale widać też, że kraj szybko się rozwija - dużo tu nowych budynków, dróg itp. Zresztą jak sprawdziłem po powrocie PKB na głowę w Malezji jest tylko o ok. 15% niższe niż w Polsce (co mnie nieco zaskoczyło, choć pewnie nie powinno).
Po krótkim spacerze po centrum udaliśmy się do pałacu sułtana Johoru (czyli regionu, którego stolicą jest miasto) - głównej (żeby nie powiedzieć jedynej) atrakcji turystycznej miasta.
Z zewnątrz nie wygląda może specjalnie oszałamiająco (choć to też wina kiepskiego ujęcia :), ale wnętrza robią wrażenie. Widać, że kiedyś pozycja i bogactwo lokalnych władców były spore. Np Sułtan Ibrahim, rządzący w latach 1895-1959 (!) był jednym z najbogatszych ludzi na świecie. W pałacu nie brakuje więc importowanych z Europy zdobionych mebli czy typowo lokalnych wyrobów jak np... popielniczki z nóg miejscowych antylop.
Urząd Sułtana dalej istnieje, choć z tego co zrozumiałem jest to już raczej funkcja reprezentacyjna. No i Sułtan nie mieszka już w pałacu, choć wciąż są w nim organizowane niektóre państwowe uroczystości.
Poza pałacem w mieście rzeczywiście niewiele jest do zobaczenia. No, może jeszcze monumentalny meczet łączący styl malajski z wiktoriańskim - ciekawa kombinacja. Przeszliśmy się więc jeszcze ulicami, odwiedziliśmy kilka centrów handlowych (niestety większość sklepów była zamknieta z powodu święta księżycowego nowego roku) i na koniec poszliśmy coś zjeść.
Spośród wielu ulicznych stoisk wybraliśmy takie, które wydawało się najbardziej czyste i cywilizowane. Z tego co mi powiedział Lakshman, serwowane tam potrawy to mix kuchni malajskiej i indyjskiej (Hindusów jest w Malezji sporo). Niestety znowu nie nauczylem sie nazw konkretnych dań - nigdzie nie było menu a Lakshman jako wegetarianin też nie wiedział jak się nazywają miesne potrawy.
Ciąg dalszy zwiedzania Malezji prawdopodobnie już w ten weekend. Tym razem wycieczka do Malakki, a więc już znacznie ciekawszego historycznie miasta. Zapraszam na relację na blogu w poniedziałek lub wtorek!
Pałac wygląda jak willa pod tuszynem... może ty tak naprawdę nie wyjechałeś?
OdpowiedzUsuńNo właśnie. I wrzucasz zdjęcia jedzenia z pobliskiego baru z kebabem. Przyznaj się!
OdpowiedzUsuń