Po dłuższej przerwie w pisaniu czas na mały update - dziś wiec wpis o charakterze ogólnym :)
Coraz bardziej popadam w rutynę Singapurskiego trybu życia. W biurze już się wdrożyłem do nowych obowiązków co przekłada się na większą ilość obowiązków, bo "taryfa ulgowa" dla nowego pracownika się wyczerpuje :). Ale to dobrze, bo w końcu po to tu przyjechałem, żeby zdobywać doświadczenie. I chyba jestem na dobrej drodze :)
W ramach poszerzania horyzontów zabrałem się też za naukę Chińskiego - a dokładniej dialektu mandaryńskiego, bo pojęcie "język chiński" jest bardzo szerokie. Pierwszy etap intensywnego kursu już za mną - 5 tygodni zajęć, dwa razy w tygodniu po 3 godziny (zegarowe!). I do tego powtórki w domu, bo inaczej nie sposób nadążyć za programem kursu.
Pewnie Ameryki nie odkryję, pisząc że nauka Chińskiego to inna bajka, niż poznawanie europejskich języków. Czasem bywa łatwiej, bo liczba podstawowych słów jest ograniczona, a wszystkie bardziej skomplikowane wyrazy składają się po prostu z kilku słów-sylab. I tak np. z połączenia słów "ban" (paski) i "ma" (kon) powstaje "banma", czyli zebra :) Zdecydowanie częściej jest jednak trudniej, przede wszystkim w przypadku wymowy.
Chiński to jeden z tzw. "język tonowych", gdzie znaczenie słowa zależy od akcentu. Każdą sylabę można wypowiedzieć na cztery różne tony - trochę jak w muzyce. I tak istnieje np. akcent "w górę" lub "w dół". Wraz z tonem często diametralnie zmienia się znaczenie - powyższe "ma" może znaczyć "koń" ale też i "mama"(!)
Niestety, kształcenie muzyczne zakończyłem w podstawówce (a i to bez większych sukcesów), więc wyczucie tonów nie przychodzi mi łatwo. Pocieszam się tym, że innym współuczestnikom kursu wiele lepiej nie idzie :) Ale ciekaw jestem czy to powyższe porównanie z muzyką ma sens i komuś o lepszym słuchu nauka przyjdzie łatwiej, czy to tylko moja chybiona koncepcja.
Dla uzupełnienia - nie napisałem nic o chińskim piśmie, a to dlatego że na razie uczę się języka mówionego (i transkrypcji fonetycznej). Nauka chińskich znaków to już wyższa półka i nie wiem, czy się kiedykolwiek z nią zmierzę :)
Tymczasem jest szansa że będę niedługo miał świetną okazję do wypróbowania nabytych umiejętności w praktyce - możliwe że w chińskim biurze regionalnym mojej firmy będą potrzebowali wsparcia przy na kilka dni (tygodni) i zostanę wysłany do Szanghaju. Ciekawe perspektywy :) Oczywiście w tamtejszym biurze obowiązującym językiem też jest angielski, ale już na ulicach na pewno miałbym dużo okazji do osłuchania się z chińskim. Tu w Singapurze jednak na co dzień za wiele tego języka nie słyszę.
Poza tym korzystam z tego że tutejsza pogoda sprzyja aktywności na świeżym powietrzu (przynajmniej wieczorami i w pochmurne dni, bo w pełnym słońcu ciężko wytrzymać i bez ruchu :). Przede wszystkim pływam i gram w kosza- załapałem się nawet do lokalnej ligi amatorskiej i zagrałem już w 3 meczach. Poziom jest o dziwo całkiem niezły, pewnie dlatego że większość zawodników to obcokrajowcy ;) Są Europejczycy, Amerykanie, Filipińczycy, Japończycy i chyba przedstawiciele każdej innej nacji, która mniej lub bardziej kojarzy mi się z koszykówką.
W drużynie z którą się wczoraj zmierzyliśmy grał np. Nigeryjczyk z kilkuletnim doświadczeniem ze szwajcarskiej 2 ligi. Co prawda nie pamiętam żebym słyszał o jakimkolwiek sukcesie szwajcarskich zespołów, więc pewnie ich liga nie jest na najwyższym poziomie, ale na pewno na wystarczającym, żeby po grze w niej dominować pod koszami w rozgrywkach amatorskich :) Więcej o koszykówce i innych singapurskich zajęciach już za kilka dni w kolejnym wpisie!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Tadzik, ja myslę, że z Twoim talentem wokalnym na pewno dasz sobie radę z nauką chińskiego;) pozdrawiam serdecznie
OdpowiedzUsuńKasia