czwartek, 8 stycznia 2009

Singapurska kuchnia

Jedzenie "na mieście" w Singapurze to temat - rzeka. Niesamowita liczba punktów gastronomicznych, fast foodów, barów i restauracji sprawia, że w tym kraju nie można długo być głodnym, szczególnie że ceny są całkiem rozsądne. W foodcourt w centrach handlowych (ktoś zna na to dobre polskie określenie?) ceny zaczynają się od ok 5S$ (10 zł) za obiad, a na ulicznych stoiskach można zjeść jeszcze taniej. I jest to naprawdę dobre, tradycyjne jedzenie.

Wybierać można spośród wszelkich kuchni azjatyckich - chińskiej, malajskiej, indyjskiej, wietnamskiej czy tajskiej, są też restauracje europejskie i amerykańskie, no i oczywiście wszystkie bardziej znane sieci fastfoodowe.

Staram się próbować jak najwięcej dań lokalnych - na razie nie bardzo rozróżniam poszczególne azjatyckie kuchnie (może poza indyjską, która rzeczywiście się wyróżnia), więc robię to trochę "w ciemno", chyba że idę na lunch z kimś z pracy.

I tak np. drugiego dnia po przyjeździe jadłem zupę typu "zrób to sam". Na straganie leżą sobie różne składniki (od warzyw przez mięso, po bliżej niezidentyfikowane kulki ciasta), które nakłada się samemu do miseczki.



Tą podaje się kucharce która wrzuca składniki do gotującego się wywaru i po kilku minutach dostaje się swoją własną, spersonalizowaną zupę. Przyznaję że smakowało mi to średnio, ale doświadczenie ciekawe.



Z kolei kilka dni później skusiłem się na Satay - malajską wersję szaszłyka. Tu już nie kierowałem się przypadkiem, bo Satay polecał przewodnik Pascala. I rzeczywiście, było niezłe - grillowane mięso na patyku w słodkim sosie z orzeszków ziemnych. Do tego plasterki ogórka i kawałki jakiegoś ciasta o mało wyrazistym smaku - jako dodatek nadawało się bardzo dobrze.



Poza tym, codziennie próbuję czegoś innego, choć na zbyt odważne eksperymenty - typu potrawy z owoców morza - się na razie nie odważyłem. Z ciekawszych rzeczy jadłem np bardzo dobry indyjski placek z mięsem (niestety nie zapamiętałem nazwy) i różnego rodzaju chińskie przystawki w cieście podczas firmowego wyjścia na lunch pierwszego dnia pracy.

No i Sushi - prosto z Carrefoura :) Przygotowują je tam na bieżąco w ciągu dnia i wkładają świeże do lodówek (wg wywieszki zaleca się je zjeść w ciągu 2 godz od zakupu). Oczywiście po śmiesznych cenach - szczególnie w porównaniu z Polską, gdzie płaci się też za to że sushi jest "trendy". Tu za kilkanaście zł można się tym najeść do syta.

5 komentarzy:

  1. Mniami...
    Wiedziałam, że ten temat pojawi się raczej wcześniej niż później :)

    OdpowiedzUsuń
  2. będziesz grubas jak będziesz tylko żarł :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale przecież on tak ciągle. I co? I nic.

    OdpowiedzUsuń
  4. Tadek ma dola bo jest daleko od domu i wpadl w ciag jedzeniowy. Plotka glosi ze juz teraz wyglada jak John Candy. Slawek

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej, a z tym wyjazdem do Dubaju czy Szanghaju to ja mam w chipsach podobnie - Katowice, Łódź, Olsztyn. Zwiedza człowiek świat.

    OdpowiedzUsuń